Które Ferrari sprawdzi się na dłuższy roadtrip po Europie: komfort, bagażnik i niezawodność

1
171
2.8/5 - (5 votes)

Nawigacja:

Co to znaczy „Ferrari na roadtrip” – oczekiwania kontra realia

Długi roadtrip Ferrari – co naprawdę oznacza w praktyce

Dla jednych długi roadtrip Ferrari po Europie to 1500 km w tydzień, dla innych – 4000 km, Alpy, włoskie autostrady, francuskie boczne drogi i powrót przez Niemcy. Niezależnie od stylu, kluczowe jest jedno: kilkanaście–kilkadziesiąt godzin spędzonych w fotelu, dzień po dniu. To już nie jest dynamiczny przejazd na tor czy 200-kilometrowy wypad na obiad, tylko test wszystkiego, co w zwykłej eksploatacji bywa tłem: hałasu, pozycji za kierownicą, dostępności schowków, jakości klimatyzacji i oświetlenia wnętrza.

Typowe warunki na takim wyjeździe to mieszanka autostrad (Niemcy, Włochy, Francja), górskich przełęczy (Szwajcaria, Austria, Dolomity), ruchu miejskiego i korków w rejonach turystycznych. Auto raz będzie pędzić autostradą przy wysokich prędkościach przelotowych, a innym razem toczyć się w 30-stopniowym upale na zjazdach z przełęczy. Ferrari na roadtrip musi sobie radzić z każdym z tych scenariuszy bez zamieniania kierowcy w zmęczonego, poobijanego człowieka z bólem kręgosłupa.

Emocje kontra komfort i spokój

Właściciele Ferrari często wychodzą z założenia, że skoro auto daje niesamowite emocje na krótkim odcinku, to wystarczy odjąć gaz i stanie się „GT na dłuższą trasę”. Mit ten błyskawicznie pęka przy pierwszym dniu z dystansem rzędu 600–800 km. Emocje z jazdy Ferrari są fantastyczne, ale na długim dystansie równie ważne stają się prozaiczne kwestie: miękkość i profil fotela, miejsce na nogi, szum powietrza przy 140–160 km/h, skuteczność klimatyzacji czy rozmieszczenie uchwytów na napoje.

Jeżeli auto męczy hałasem przy przelotowej prędkości 130 km/h, wymusza nienaturalną, zbyt skuloną pozycję za kierownicą lub ma ekstremalnie twarde zawieszenie, po kilku godzinach prowadzący będzie jechał nie „dla przyjemności”, tylko z poczuciem, że walczy z maszyną. To szczególnie odczuwalne, gdy w planie jest kolejny dzień z podobnym dystansem.

Mit „każde Ferrari to GT, jeśli tylko zwolnisz”

Popularne przekonanie mówi, że każde Ferrari da się zamienić w auto do gran turismo, jeśli tylko nie korzysta się z pełnej mocy i jeździ „jak człowiek”. Rzeczywistość jest mniej romantyczna. Nawet przy spokojnej jeździe różnice konstrukcyjne między modelem typowo torowym a GT 2+2 są ogromne:

  • kąt oparcia i wysokość fotela – w centralnosilnikowych modelach często siedzi się bardziej „w pozycji wyścigowej”, z mocno ugiętymi kolanami;
  • wyciszenie kabiny i grubość szyb – wersje bardziej „hardcore” są lżejsze, ale też głośniejsze i mniej przyjazne w długiej podróży;
  • skok i charakterystyka zawieszenia – twardsze, krótszy skok, mniejsza tolerancja na nierówności, co przy długich trasach bywa męczące.

W teorii każde Ferrari pojedzie do Barcelony czy na południe Włoch. Pytanie brzmi: czy po 1500 km dalej będziesz chciał nim wracać tą samą trasą? To różnica między „da się” a „to ma sens”.

Jak zmienia się perspektywa po 200, 600 i 1500 km

Na pierwszych 200 km wszystko bywa wybaczalne. Szum z wydechu jest „emocjonujący”, twarde zawieszenie określane jest jako „sportowe”, a ograniczone schowki nie przeszkadzają, bo świeżo zapakowane torby i tak leżą równo. Po 600 km komfort foteli i hałas zaczynają nabierać wagi. Zmęczenie kierowcy rośnie geometrycznie, jeśli kręgosłup nie ma właściwego podparcia, a kabina wymaga ciągłego podnoszenia głosu przy rozmowie.

Przy dystansie 1500–2000 km dochodzą drobiazgi, które nagle stają się kluczowe: czy system multimedialny działa szybko i przewidywalnie, czy nawigacja jest aktualna, czy w kabinie jest wygodne miejsce na telefon, portfel, dokumenty i aparaty. Po kilku dniach w trasie brak sensownego miejsca na butelkę z wodą staje się prawdziwą irytacją, a hałas od opon na autostradzie potrafi zabić radość ze słuchania V8 lub V12.

Weekendowe 400 km kontra pętla 3000–4000 km

Weekendowy wypad Ferrari 400 km w obie strony można przeżyć w niemal każdym modelu, od 360 Modena po 458 Speciale. Nawet jeśli fotel jest twardy, a bagażnik skromny – zmęczenie jest umiarkowane, a adrenalina z jazdy maskuje wiele niedogodności. Przy pętli 3000–4000 km sytuacja zmienia się radykalnie. Każda wada auta jest powielana przez liczbę dni i kilometrów, aż staje się głównym wspomnieniem z wyjazdu.

Auto, które „robi wrażenie” na krótkim dystansie, może okazać się niepotrzebnym utrudnieniem na długiej trasie. Dlatego zamiast pytać, czy dany model Ferrari „da radę” przejechać Europę, rozsądniej zapytać, czy po takim wyjeździe wciąż chcesz nim jeździć z przyjemnością, czy będziesz myśleć tylko o tym, jak szybko go sprzedać.

Kluczowe kryteria wyboru Ferrari na długi wyjazd

Fotele: fundament komfortu gran turismo

Fotel w Ferrari na długi roadtrip jest ważniejszy niż liczba koni mechanicznych. Przy przebiegach rzędu kilku tysięcy kilometrów profil i regulacja fotela decydują o tym, czy po dniu jazdy można normalnie funkcjonować. W modelach GT 2+2 (612, FF, GTC4Lusso, Roma) fotele są z reguły szersze, z większym zakresem regulacji i bardziej miękką poduszką siedziska niż w wersjach typowo torowych.

Kilka elementów, na które warto zwrócić uwagę przed wyborem auta na długi wyjazd:

  • regulacja odcinka lędźwiowego – brak wsparcia lędźwi w trasie 500–800 km dziennie zwykle kończy się bólem pleców i koniecznością częstszych przerw;
  • zakres regulacji wysokości i nachylenia – szczególnie przy wzroście powyżej 185 cm różnica między wygodą a męką to często kilka milimetrów;
  • zagłówek i podparcie barków – przy dużych prędkościach i długim czasie jazdy mięśnie szyi i barków bardzo szybko reagują na złą pozycję;
  • materiał – pełna skóra jest luksusowa, ale w upale bez wentylacji bywa problematyczna; alcantara daje mniej „ślizgania się”, ale szybciej się brudzi.

Mit mówi, że „sportowy kubeł daje najlepsze trzymanie i jest zawsze najlepszy”. Rzeczywistość: kubełkowy fotel z cienką pianką, świetny na tor, może być dramatem przy 700 km autostradą. Do roadtripu znacznie lepiej nadają się fotele komfortowe lub standardowe z opcjonalną regulacją elektryczną i pamięcią.

Ergonomia wnętrza i multimedia – więcej niż gadżety

Na krótkiej trasie można przeżyć średnio rozmieszczone przyciski i przeciętną nawigację. Przy roadtripie po kilku krajach ergonomia i multimedia stają się narzędziem pracy. Łatwość obsługi, czytelność zegarów, intuicyjne sterowanie klimatyzacją i dobre nagłośnienie wpływają bezpośrednio na zmęczenie kierowcy.

W autach takich jak Ferrari Roma czy GTC4Lusso kierowca otrzymuje nowocześniejszy interfejs, nowsze systemy łączności (CarPlay, Bluetooth wysokiej jakości), a także lepsze wyciszenie kabiny. W starszych modelach, jak 612 Scaglietti, elektronika bywa archaiczna, ale wnętrze jest mniej „przeładowane” ekranami, co dla niektórych jest zaletą – mniej rozpraszaczy, więcej koncentracji na drodze.

Podczas długich podróży szczególnie mocno docenia się:

  • stabilną łączność telefonu z systemem audio – brak zrywających się połączeń Bluetooth i prostą obsługę rozmów;
  • sensowne sterowanie tempomatem – w części starszych Ferrari w ogóle brak tego elementu lub obsługa jest niewygodna;
  • wyraźne wskazania nawigacji, szczególnie przy intensywnej jeździe po rondach i zjazdach w nieznanych miastach;
  • jakość systemu audio – przy 6–8 godzinach dziennie w aucie muzyka lub podcast stają się ważnym elementem „higieny psychicznej”.

Pojemność bagażnika i „schowki rozszerzone”

Bagażnik Ferrari na roadtrip po Europie to nie tylko miejsce na estetyczną kabinową torbę. W praktyce trzeba zmieścić ubrania na kilka–kilkanaście dni dla dwóch osób, kosmetyki, dodatkowe buty, czasem kaski (jeśli planowana jest wizyta na torze), dokumenty, drobiazgi, a także zapas wody, apteczkę, kable, ładowarki, płyny eksploatacyjne. Dlatego liczy się nie tylko „sucha” pojemność bagażnika, ale też:

  • regularny kształt – łatwiej wypełnić go miękkimi torbami niż walizkami kabinowymi, które często nie mieszczą się na wysokość;
  • składane oparcia tylnych siedzeń lub przynajmniej otwór na narty w modelach shooting brake;
  • półki i przestrzeń za fotelami, które w praktyce działają jak dodatkowy bagażnik „podręczny”;
  • schowki na drobiazgi w kabinie – miejsce na okulary, telefon, portfel, dokumenty, ładowarki, karty autostradowe i bilety.

Modele takie jak FF czy GTC4Lusso oferują tu ogromną przewagę nad supersamochodami z silnikiem centralnym. Ferrari z przednim silnikiem 2+2 pozwala realnie podróżować we dwoje z bagażem „bez kompromisów”, podczas gdy w 458 czy 488 trzeba ćwiczyć minimalizm i bardzo przemyślane pakowanie.

Niezawodność i dostępność serwisu w trasie

Wybierając Ferrari na długi roadtrip, nie sposób pominąć kwestii realnej niezawodności i dostępności serwisu. Po pierwsze, różne modele mają różnie rozwiązane newralgiczne podzespoły (np. skrzynie F1 vs DCT, system 4RM w FF), a po drugie – wieku aut nie da się oszukać. Starsze Ferrari mogą być świetne, ale wymagają wcześniej bardziej rygorystycznego przygotowania i większej tolerancji na drobne „humory” elektroniki.

Na mapie Europy sieć ASO Ferrari jest przyzwoita, ale rozlokowana głównie w większych miastach. Oznacza to, że awaria w Alpach lub na prowincji Francji skończy się holowaniem na dłuższy dystans. Dlatego do długiej wyprawy lepiej nadają się modele o bardziej przewidywalnej awaryjności i możliwie „przetestowane” przez rynek: FF i GTC4Lusso mają już swoje typowe bolączki rozpoznane, podobnie Roma.

Mit: „Ferrari z niskim przebiegiem jest zawsze lepsze na trasę niż egzemplarz z wyższym”. W praktyce egzemplarz regularnie jeżdżący, dobrze serwisowany, bywa znacznie pewniejszy niż auto, które przez lata głównie stało w kolekcji. Dla roadtripu liczy się historia serwisowa, a nie tylko cyferki na liczniku.

Spalanie i zasięg – katalog kontra rzeczywistość

Ferrari i niskie spalanie brzmią jak żart, ale zasięg na jednym baku odgrywa ogromną rolę w planowaniu roadtripu. Ciągłe wizyty na stacjach co 250–300 km potrafią zabić rytm podróży i generują dodatkowy stres (szukanie stacji z dobrym paliwem, zjazdy z autostrady, objazdy).

Przy spokojnej jeździe autostradowej nowoczesne V8 turbo (Roma, GTC4Lusso T) potrafią być zauważalnie oszczędniejsze od wolnossących V12. Różnica przekłada się bezpośrednio na dłuższy zasięg. W realnych warunkach często nie chodzi o same koszty paliwa, ale o wygodę: czy można przejechać 500–600 km na jednym tankowaniu, czy trzeba planować postoje co 350–400 km.

Nie zapominaj, że na zasięg wpływa nie tylko sama jednostka napędowa, ale też:

  • masa auta i opory aerodynamiczne;
  • rodzaj i szerokość opon (szczególnie w wersjach track-focused);
  • styl jazdy (utrzymywanie stałej prędkości przelotowej na poziomie 130–150 km/h vs częste przyspieszenia i hamowania);
  • topografia trasy (Alpy, Dolomity, przełęcze = większe zużycie paliwa i hamulców).
Czarne Ferrari na górskiej drodze w Rumunii na tle ośnieżonych szczytów
Źródło: Pexels | Autor: Balaci Media

Typy Ferrari a długie trasy – porównanie filozofii modeli

GT 2+2: naturalni kandydaci do gran turismo

Ferrari GT 2+2, takie jak 612 Scaglietti, FF, GTC4Lusso czy Roma, zostały od początku zaprojektowane z myślą o długich podróżach z dużą prędkością. Dłuższy rozstaw osi, bardziej miękko zestrojone zawieszenie, większa kabina i możliwość zabrania dodatkowych osób lub bagażu – to fundament ich filozofii.

Stabilność przy wysokich prędkościach i wyciszenie kabiny

Przy długiej jeździe autostradami po Niemczech czy Włoszech istotniejsze od „suchego” czasu 0–100 km/h okazuje się to, jak auto leży na drodze przy 160–220 km/h i czy nie męczy hałasem. GT 2+2 mają zazwyczaj dłuższy rozstaw osi i bardziej stabilną charakterystykę prowadzenia, co przekłada się na mniejszą nerwowość przy bocznym wietrze i koleinach.

Różnica między Ferrari z przednim silnikiem a lekkim autem centralnosilnikowym jest tu wyczuwalna. Te pierwsze są bardziej „autostradowe”: trochę mniej chętne do nagłych zmian kierunku, ale za to pewniejsze przy szybkiej jeździe na wprost. Dla roadtripu to zaleta – zmniejsza zmęczenie kierowcy i minimalizuje liczbę korekt kierownicą.

Wyciszenie kabiny w 612, FF czy GTC4Lusso jest przyzwoite jak na supersamochód, choć daleko im do limuzyn. Roma idzie krok dalej – wyraźnie niższy szum powietrza i opon przy prędkościach autostradowych to prawdziwy bonus przy kilku dniach z rzędu na trasie. Mit, że „prawdziwe Ferrari musi być głośne przez cały czas”, rozbija się o realia 1000-kilometrowych przejazdów: stały huk w kabinie bardzo szybko odbiera przyjemność z jazdy.

Adaptacyjne zawieszenie i tryby jazdy

Nowocześniejsze Ferrari GT oferują zawieszenie z regulacją charakterystyki tłumienia. W połączeniu z manettino na kierownicy daje to coś, co w roadtripie jest zaskakująco ważne: możliwość realnego „zmiękczenia” auta na gorszych nawierzchniach, a potem usztywnienia go na górskich zakrętach.

W praktyce dobrze sprawdza się scenariusz: autostrada i drogi ekspresowe w trybie Comfort/GT, następnie alpejskie przełęcze w Sport. Na długich dystansach amortyzatory o zmiennej sile tłumienia ratują kręgosłup i pozwalają utrzymać prędkość przelotową na rozsądnym poziomie, bez ciągłego odpuszczania gazu na każdym poprzecznym uskoku.

Mit, że „im twardsze, tym lepsze prowadzenie”, jest efektem doświadczeń z toru. Na drogach Europy, pełnych łat, kolein i kostki brukowej, zbyt twarde zawieszenie oznacza mniejszą przyczepność, bo koła częściej odrywają się od asfaltu. Zawieszenie w GT 2+2 zostało zestrojone właśnie pod prawdziwe drogi, a nie gładki asfalt toru testowego.

Modele GT 2+2 – 612 Scaglietti, FF, GTC4Lusso, Roma

Ferrari 612 Scaglietti – klasyczne V12 na długie kilometry

612 Scaglietti to jedno z ostatnich dużych GT Ferrari o wyraźnie klasycznym charakterze: wolnossące V12 z przodu, długi rozstaw osi, duże wnętrze i stosunkowo prosta elektronika. Na roadtrip to kuszący wybór dla tych, którzy cenią analogowe odczucia i nie boją się wieku auta.

Pod kątem komfortu 612 oferuje:

  • obszerne przednie fotele, często z wielostopniową regulacją elektryczną i ogrzewaniem;
  • przyzwoity bagażnik o dość regularnym kształcie, który realnie mieści miękkie torby na kilkanaście dni;
  • tylne siedzenia, które nadają się na krótsze odcinki dla dorosłych lub pełnią rolę bagażnika podręcznego.

Silnik V12 to ogromna kultura pracy i natychmiastowa reakcja na gaz, ale też większe zużycie paliwa. Przy spokojniejszej jeździe można zachować sensowny zasięg, jednak częste korzystanie z potencjału silnika kończy się częstymi wizytami na stacjach. W zamian 612 odwdzięcza się niezrównanym charakterem dźwięku i elastycznością na długich prostych.

Realne wyzwanie to wiek i specyfika skrzyni F1. Dobrze utrzymana 612 może bez problemu przejechać kilka tysięcy kilometrów, ale przed wyruszeniem w Europę potrzebuje:

  • świeżego serwisu z kontrolą sprzęgła i pompy F1;
  • przeglądu układu chłodzenia i wszystkich przewodów gumowych;
  • sprawdzenia instalacji elektrycznej i stanu akumulatora (niewydolne zasilanie to źródło wielu pozornych „usterek elektroniki”).

Mit o „kruchych starych Ferrari” bywa przesadzony. Egzemplarz, który regularnie jeździ i ma dobrze prowadzoną historię serwisową, może być stabilniejszym partnerem w trasie niż nowsze, ale zaniedbane auto. Trzeba tylko przyjąć, że 612 wymaga nieco więcej prewencji i marginesu czasowego w planie podróży.

Ferrari FF – shooting brake na każdą pogodę

FF to jeden z najbardziej niedocenianych modeli, jeśli chodzi o długie trasy. Z jednej strony klasyczne Ferrari V12, z drugiej – napęd na cztery koła 4RM, praktyczne nadwozie shooting brake i rozsądna ilość miejsca dla dwóch dorosłych + bagażu. To auto, które pozwala przejechać Alpy również wtedy, gdy w wyższych partiach zalega śnieg lub pojawia się intensywny deszcz.

Pod względem praktycznym FF wyróżnia się:

  • bagażnikiem o bardzo sensownej pojemności i regulowanym oparciem tylnych siedzeń;
  • dużą przestrzenią nad głową z tyłu dzięki linii dachu shooting brake;
  • realną możliwością podróży w cztery osoby na krótszych odcinkach.

System 4RM nie jest typowym, ciągle pracującym 4×4 znanym z SUV-ów. Działa głównie przy niskich biegach i ograniczonej prędkości, ale w kontekście roadtripu po Europie ma jedną zaletę: daje ogromny zapas przyczepności przy ruszaniu i na śliskich nawierzchniach, co przy V12 jest nie do przecenienia.

FF ma już nowocześniejsze wnętrze i multimedia niż 612, choć z dzisiejszej perspektywy nawigacja i interfejs mogą sprawiać wrażenie topornych. Z drugiej strony jest to wciąż bardziej analogowe środowisko niż w nowszych Ferrari – mniej ekranów, mniej „efektów specjalnych”, a więcej klasycznych przełączników.

Przed długim wyjazdem kluczowe jest sprawdzenie typowych bolączek FF: stanu mechanizmu 4RM, adaptacyjnego zawieszenia i elektroniki odpowiedzialnej za rozdział napędu. Gdy te elementy są w porządku, FF potrafi być zaskakująco bezproblemowym koniem pociągowym do wielotysięcznych tras.

Ferrari GTC4Lusso i GTC4Lusso T – ewolucja w stronę komfortu

GTC4Lusso to rozwinięcie idei FF, ale z większym naciskiem na komfort, wyciszenie i nowoczesną elektronikę. To już prawdziwe gran turismo XXI wieku: duży ekran centralny, lepsze multimedia, dopracowane wyciszenie kabiny i bardziej dopracowane zawieszenie.

Wersja z V12 (GTC4Lusso) oferuje spektakularne osiągi i brzmienie, ale w zamian żąda wyższego zużycia paliwa. Wariant T (V8 turbo, napęd na tył) to już zupełnie inna filozofia:

  • zauważalnie niższe spalanie przy autostradowej jeździe;
  • dłuższy zasięg na jednym baku – co ma kluczowe znaczenie przy trasach liczących setki kilometrów dziennie;
  • inna dynamika prowadzenia (lżejszy przód, bardziej „żywy” tył), ale bez poczucia, że auto jest nerwowe.

Dla kogoś, kto chce możliwie uniwersalne Ferrari na Europę, GTC4Lusso T bywa rozsądniejszym wyborem niż V12, chyba że priorytetem jest właśnie charakter wolnossącej dwunastki. Różnica w doświadczeniu akustycznym jest ogromna, ale na długich trasach to właśnie V8 turbo potrafi mniej męczyć ciągłym pomrukiem przy średnich prędkościach.

Pod względem praktycznym GTC4Lusso dorównuje, a często przewyższa FF: lepsze wyciszenie, skuteczniejsza klimatyzacja, bardziej ergonomicznie rozplanowane wnętrze. Z perspektywy roadtripu po kilku krajach ważne jest też to, że większa część usterek typowych dla FF została wyłapana i poprawiona – to już dojrzała ewolucja tej koncepcji.

Ferrari Roma – nowoczesne GT na dwie osoby

Roma to nie klasyczne 2+2 w stylu 612 czy FF, ale bardziej kompaktowe GT z „awaryjnymi” tylnymi miejscami. Dla roadtripu we dwoje to jednak bardzo ciekawa propozycja: komfortowe zawieszenie, relatywnie lekka konstrukcja, nowoczesne multimedia i wyraźnie lepsze wyciszenie niż w starszych Ferrari.

Istotne atuty Romy w długiej trasie:

  • spory bagażnik jak na dwumiejscowe GT, z praktycznym kształtem;
  • tylne „siedziska” pełniące rolę rozszerzonego bagażnika na miękkie torby czy kurtki;
  • bardzo dobre wyciszenie kabiny przy prędkościach autostradowych, szczególnie w porównaniu z centralnosilnikowymi V8.

Silnik V8 turbo w Romie jest nie tylko mocny, ale też względnie oszczędny przy stałej prędkości. Przy rozsądnej jeździe pozwala na rzeczywiście długie odcinki między tankowaniami, co redukuje liczbę przerw i logistykę tankowania w mniej oczywistych miejscach (nocne odcinki w Austrii, Szwajcarii, Hiszpanii).

Z drugiej strony Roma ma bardziej skomplikowaną elektronikę kokpitu: dotykowe panele, rozbudowany system multimedialny, cyfrowe zegary. To duży krok naprzód w komforcie i łączności, ale też większa zależność od „nastroju” elektroniki. Przy egzemplarzach intensywnie używanych dobrze jest upewnić się, że wszystkie aktualizacje oprogramowania zostały wykonane, a typowe „dziecięce choroby” danego rocznika są już usunięte.

Mit, że „Roma to Ferrari dla tych, którzy nie chcą prawdziwego Ferrari”, nie wytrzymuje zderzenia z realnym użytkowaniem. Dla ludzi, którzy naprawdę jeżdżą – a nie tylko wyciągają auto na niedzielny przejazd – komfort i przewidywalność Romy mogą dać więcej radości niż brutalność torowych modeli.

Czerwone Ferrari z pasami wyścigowymi zaparkowane na ulicy w Kanadzie
Źródło: Pexels | Autor: Sara Mashhadawi

Modele z silnikiem centralnym – kiedy to ma sens na roadtrip

Centralny silnik a długie trasy – kompromisy od kuchni

Ferrari z silnikiem centralnym – 458, 488, F8 czy wcześniejsze F430 – kojarzą się przede wszystkim z dynamiką i precyzją prowadzenia. Na roadtrip też potrafią dać mnóstwo frajdy, ale wymagają większych kompromisów w kwestii komfortu i pakowania bagażu.

W tych modelach bagażnik z przodu jest relatywnie płytki i o ograniczonej pojemności. Oznacza to konieczność pakowania się w miękkie torby sportowe, unikania klasycznych walizek kabinowych (często nie mieszczą się na wysokość) i rozsądnego rozłożenia ciężaru. Część rzeczy ląduje zwykle za fotelami lub w małych wnękach bocznych, co wymaga codziennego „Tetrisa” przy przepakowywaniu.

Pozycja za kierownicą w centralnosilnikowych Ferrari bywa bardziej „sportowa”: siedzi się niżej, fotele są węższe, a zakres regulacji czasem mniejszy. Przy wzroście powyżej 185 cm po kilku godzinach jazdy może to być odczuwalne, zwłaszcza jeśli auto ma fotele kubełkowe. Do długiej trasy znacznie lepiej nadają się fotele standardowe lub komfortowe, nawet jeśli na torze nie trzymają tak idealnie.

Jazda po górach i krętych drogach – domena centralnego V8

Jeśli plan wyprawy obejmuje nie tyle autostrady, co serię alpejskich przełęczy i technicznych odcinków, centralnosilnikowe Ferrari wychodzi na prowadzenie. Krótszy rozstaw osi, niska masa i idealny rozkład masy sprawiają, że auto wgryza się w zakręty i pozwala wykorzystać potencjał drogi w sposób, którego cięższe GT nie zapewni.

Na takich trasach ograniczona pojemność bagażnika schodzi na dalszy plan, bo środkową atrakcją stają się zakręty, hamowania i wyjścia z łuków. Dobra widoczność do przodu, szybkie reakcje na gaz i brak przechyłów nadwozia budują bardzo intensywne doświadczenie – idealne na kilka dni „benzynowego urlopu”.

Trzeba jednak zaakceptować, że długie odcinki autostradowe, prowadzone po prostej, będą bardziej męczące niż w GT 2+2. Szum opon, głośniejsza praca silnika i twardsze zawieszenie, po 6–8 godzinach dziennie, potrafią dać się we znaki.

458 Italia / 458 Spider – analogowy charakter na granicy komfortu

458 Italia to dla wielu ostatnie „prawdziwe” wolnossące V8 Ferrari z centralnym silnikiem. Na roadtripie ta cecha jest zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Z jednej strony dźwięk i reakcja na gaz są absolutnie uzależniające, z drugiej – wysokie obroty i głośność przy stałej jeździe mogą męczyć.

488 GTB / 488 Spider – turbo, które lepiej znosi autostrady

Przesiadka z 458 do 488 na długiej trasie pokazuje, jak wiele zmienia przejście na V8 turbo. 488 jest wyraźnie bardziej elastyczna: nie wymaga kręcenia silnika, żeby auto dynamicznie przyspieszało, a przy stałej prędkości obroty są niższe i hałas mniejszy.

Na roadtripie przekłada się to na kilka praktycznych korzyści:

  • niższe zużycie paliwa przy normalnej jeździe, co bezpośrednio wydłuża zasięg;
  • mniejszy hałas w kabinie przy autostradowym tempie – turbo wycisza część „wrzasku” wolnossącego V8;
  • łatwiejsze wyprzedzanie na półgazu, bez redukcji o trzy biegi w dół.

Mit, że „488 to tylko rozwodniona 458 z turbo”, na długim dystansie szybko się rozpływa. Pod względem użyteczności i poczucia kontroli nad autem 488 bywa bardziej przewidywalna i mniej męcząca. W codziennym scenariuszu: 5